close

  • Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej
  • WSPOMNIENIA O AMBASADORZE MICHALE SOKOLNICKIM


  • Na ręce pana Konsula, I-ego Sekretarza Ambasady RP składam gorące podziękowanie za dbałość o grób amb. Michała Sokolnickiego i przeprowadzone w ostatnich latach prace konserwatorskie jakie zauważyłem na umieszczonej fotografii na stronie internetowej ambasady.

    Z głębokim poważaniem

    Stefan Sokolnicki
    Bratanek i syn chrzestny ambasadora Michała Sokolnickiego
    Syn Jego brata Gabriela Sokolnickiego
    Profesora i rektora Politechniki Lwowskiej

    2010-03-14

    PS. Ubolewam, że z Michałem Sokolnickim nie spoczywa Jego małżonka Irena z Podoskich. Od 1975 była w Stambule w Szpitalu „Sen Jorj" (Istanbul Karaköy Büyük Medrese sok. 5-7) prowadzonym przez austriackie Siostry Miłosierdzia, gdzie zmarła 3 stycznia 1980 roku. Pochowana zostala następnego dnia w Stambule. Dane powyższe dotarły do mnie okrężną drogą od dalszej rodziny, która miała kontakt z odwiedzającą Irenę Sokolnicką - Polką p. Helenę Hribek mieszkanką Stambułu.

     


    Grób Ambasadora Michała Sokolnickiego na cmentarzu Cebeci Asrı w Ankarze

     

    MICHAŁ SOKOLNICKI 

    Marian Kukiel:   
    Wspomnienia o Ambasadorze Michale Sokolnickim pióra świetnego historyka i b. Ministra Obrony Narodowej Generała Mariana Kukiela "Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza" Londyn 2-go lutego 1967 roku.  

    W stolicy zawsze przyjaznej nam Turcji, z dala od Polski, z dala od skupień naszej Emigracji przeżył dwa powojenne dziesięciolecia zmarły 17 stycznia bieżącego roku ostatni tam ambasador wolnej Rzeczypospolitej, Michał Sokolnicki. Urodzony w r. 1880, był on seniorem historyków polskich, a zapewne i polskich dyplomatów. Stryjeczny prawnuk generała Michała Sokolnickiego, tego spod Hohenlinden, spod Raszyna, Góry, Sandomierza i Możajska, odziedziczył po nim pasję do spraw wojennych i do dyplomacji; u niego przeważyła dyplomacja. Odziedziczył również rozległe zainteresowania filozoficzne, literackie, artystyczne, renesansową wielostronność myśli twórczej i poznawczą zachłanność. Wielki intelektualista, pisarz z wielkim talentem, wytworny stylista - nie tylko w swych utworach - człowiek o dużym uroku, umiał fascynować swoich i obcych, a jako samotny rzecznik Polski wygnańczej umiał być jej godnym przedstawicielem wśród zaprzyjaźnionego narodu. 
    Jako historyk był jednym z najstarszych uczniów Szymona Askenazego. Z jego lwowskiego seminarium wyniósł i pojęcie zawodu historyka jako służby polskiej racji stanu i przekonanie o nadciągającym wielkim europejskim konflikcie, z którego wynurzyć się może Polska wyzwolona. W czasie wojny rosyjsko-japońskiej i pierwszej rewolucji związał się z Polską Partią Socjalistyczną, partią która młode siły walczące proletariatu wprowadzała na tory walki o niepodległe państwo polskie. Gdy zarysowały się w partii przeciwieństwa, czy walczyć samodzielnie o niepodległość czy włączyć się zupełnie w rewolucję ogólnorosyjską, Sokolnicki należał do skrzydła niepodległościowego i do tych którzy rewolucję pojmowali jako wojnę z caratem. Był potem jednym z czołowych przywódców Frakcji Rewolucyjnej partii. Orędownikiem sprawy wskrzeszenia "Armii Polskiej" jako narzędzia walki o wyzwolenie i zwiastunem dyktatury rewolucyjnej. Chciał widzieć u steru walczącego narodu nowego "Króla Ducha". Już dopatrywał się go w Piłsudskim.


    Całą duszą uczestniczył "pan Michał" w ruchu wojskowym przed pierwszą wojną. Był głosicielem polityki faktów dokonanych przez wystąpienie zbrojne przeciwko Rosji, możliwie niezależne od innych mocarstw rozbiorowych. Legiony związane z Austrią przyjął jako bolesny kompromis, gdy akcja powstańcza zawiodła. Był przez pewien czas komisarzem cywilnym na obszarze objętym działaniami Komendanta Piłsudskiego, kierował później jako Komisarz Generalny wraz z Jodką Narkiewiczem Polską Organizacją Narodową na wolnym od Rosjan obszarze Królestwa. Orientował się raczej na Niemcy niż na Austrię. Zawarł umowę ze sztabem niemieckim, niebawem unieważnioną przez kontrahenta. Po włączeniu się Polskiej Organizacji Narodowej do Naczelnego Komitetu Narodowego, został jednym z jego sekretarzy generalnych i całkowicie się poświęcił zabiegom dyplomatycznym. Po akcie listopadowym 1916 roku i rewolucji marcowej w Rosji przechodził wraz z obozem Pilsudskiego na tory walki o Polskę niepodległą przeciw mocarstwom okupacyjnym. Gdy po rozbiciu legionów w r. 1917 Niemcy uwięzili Piłsudskiego. Sokolnicki wszedł do zastępczego »Konwentu" mającego walkę przygotować i przeprowadzić. Przez cały ten okres pierwszej wojny aż do wyzwolenia się Polski - należał do ludzi Piłsudskiemu najbliższych, współtwórców jego polityki - z czasem w "Dzienniku Ankarskim" stwierdzał że to on z Prystorem i Sławkiem we trzech stanowili "jedyny" obóz Piłsudskiego.

    Był za drugiej Rzeczypospolitej wciąż prawie w służbie dyplomatycznej. Czynnego udziału w rządach nie miał, odpowiedzialności za nie nie ponosił. W Ankarze, gdzie był od 1936 roku, ugruntował tradycyjną przyjaźń Turków dla "Lechistanu" która okazała się szczególniej gorącą w latach naszego zagrożenia, podwójnego najazdu na Polskę i klęski, a stawała się czynną gdy szło czy to o ratowanie szczątków bytu państwowego i mienia, czy o ratowanie ludzi dla sił zbrojnych odrastających na obczyźnie, czy o próby interwencji tureckiej dla ocalenia zagarniętych tysięcy oficerów polskich przed losem którego doznali. Ogromny "Dziennik Ankarski" naszego ambasadora daje pełne informacje o nadziejach na wejście Turcji w wojnę i związanych z tym planach naszych i nie tylko naszych skierowania tą drogą decydującego uderzenia na hitlerowską "Festung Europa". Współpraca Sokolnickiego z gen. Sikorskim, zrazu utrudniona przez urazy dawne i uprzedzenia, stała się bliską, a rola ambasadora urosła. Gdy zginął Sikorski a widoki te się rozwiały Turcy widzieli nadal w Sokolnickim przyjaciela i światłego doradcę. Gdy utracił status dyplomatyczny z cofnięciem rządowi naszemu uznania przez mocarstwa, pozostał w Turcji jako historyk. Uczył historii Polski i Rosji na uniwersytecie w Ankarze i Stambule. Twórczość pisarska Sokolnickiego, przerywana przez jego służby dyplomatyczne przyniosła w plonie poza książkami o gene- rale Sokolnickim i o początkach Wielkiej Emigracji oraz studium o Skrzyneckim ważny zbiór źródeł: "Polska w pamiętnikach Wielkiej Wojny". W okresie międzywojennym poza licznymi rozprawami i artykułami wydał swój pamiętnik "Czternaście lat" a po wojnie ostatniej, "Rok 1914" - pamiętnik o naszym ruchu wojskowym i legionach. Pamiętniki te pod względem sztuki pisarskiej przewyższają wszystkie inne prace autora. Zarówno przykuwają treścią jak formą literacką. Są jakby porywającą powieścią o nim samym, o tym świetnym intelektualiście pośród rewolucyj, konspiracyj, wojen, o jego drogach i przeżyciach. A rzucają stąd snopy światła na czasy ludzi. Z odejściem jego gaśnie jedno ze źródeł z których wydobywała się prawda o połowie stulecia naszej historii.

    Współczuliśmy jego samotnemu wygnaniu, współczujemy owdowiałej towarzyszce Jego życia i prac, z żalem żegnamy odchodzącego na zawsze.

    Wspomnienie o ambasadorze

    Bliski współpracownik Ambasadora Michała Sokolnickiego z lat wojennych w Ankarze, dyplomata Zdzisław Szczerbiński ogłosił swe wspomnienia o zmarłym Ambasadorze w londyńskich "Wiadomościach" z 21go maja 1967 roku

    Gdy piszę te słowa, minęły już dwa miesiące od śmierci ambasadora Michała Sokolnickiego, a poza krótkimi wspomnieniami o nim najpierw Eugeniusza Weesego a potem gen. Mariana Kukiela w "Dzienniku Polskim" głucho jakoś na jego temat w prasie emigracyjnej.
    Czyżby odległość od Londynu do dalekiej Ankary, gdzie Sokolnicki zakończył życie, wpłynąć miała na stosunkowo słaby oddźwięk, z jakim spotkało się odejście od nas nestora historyków i dyplomatów na uchodźstwie? Rok 1967, rok stulecia urodzin Piłsudskiego, powinien być zachętą do uczczenia przy tej sposobności również pamięci jednego z najstarszych i niegdyś najbliższych towarzyszy i przyjaciół Marszałka.

    Nie będę się kusił bynajmniej o zobrazowanie wszechstronnej działalności politycznej i naukowej Michała Sokolnickiego, do czego nie czuję się powołany, pragnę jedynie dać tu garść wspomnień i skreślić sylwetkę swego długoletniego szefa na obu placówkach tureckich, tak jak mi się ona rysuje w pamięci po upływie blisko ćwierćwiecza.
    Współpraca moja z Sokolnickim obejmowała lata 1937-1944, o czym znaleźć można liczne wzmianki na kartach "Dziennika Ankarskiego". Przyjechawszy do Turcji, właściwie ambasadora prawie nie znalem, dzieliły nas zaś: znaczna różnica wieku i brak wspólnej tradycji politycznej, gdyż lata pierwszej wojny światowej, okres najważniejszych działań i wysiłków Sokolnickiego, spędziłem prawie w całości poza krajem, zaś do ministerstwa spraw zagranicznych dostałem się na początku r. 1919, jako bardzo młody sekretarz Paderewskiego. Dla ścisłości dodać jednak muszę, że w ówczesnych stosunkach przeszłość polityczna, jakiej zresztą na dobra sprawy nie posiadałem, nie odgrywała już tej roli co dawniej, a byli współpracownicy Komitetu Narodowego w Paryżu zajmowali niejedną ważną placówkę dyplomatyczną. Stanowiliśmy jedną wielką ,,ekipę" zawodowych (z biegiem czasu) dyplomatów i panował wśród nas ,,esprit de corps".


    Toteż nigdy ambasador nie dał mi odczuć że nie pasowałem może do niego ideowo tak, jak gdybym był dawnym legionistą czy peowiakiem. Nie trzeba zapominać że sam ambasador odbiegł w dużym stopniu od swej przeszłości socjalistycznej, której z trudnością można było się było w nim dopatrzyć. Spłynęła ona po nim bezpowrotnie, choć proces ten musiał się dokonywać stopniowo. Zapowiedzią jego jest charakterystyczny ustęp w wydanym w r. 1961 ,,Roku czternastym". Na str. 92 Sokolnicki wyznaje: „ Ja zacząłem już wiek męski, wiek klęski", a z nim razem odżył we mnie atawizm rodu i wezbrało poczucie rodzinnych związków i potężnych sił powstałych z przeszłości. Zacząłem już boleć nad przerwanymi nićmi i wzruszać mnie odtąd nie przestawała ta stracona przeszłość szlachecka". Sądzę że nie bez wpływu na ten zwrot ku konserwatyzmowi duchowemu, ale też i politycznemu, musiała być żona ambasadora pani Irena z Podoskich Sokolnicka, z której zdaniem mąż bardzo się liczył, a której środowisko i zasady upodabniały się do szlacheckich tradycji rodu Sokolnickich. Ambasador Sokolnicki był człowiekiem o dużej kulturze umysłowej, interesującym się żywo nie tylko historią i polityką, ale i archeologią, numizmatyką i sztukami pięknymi. Przedwojenna Ankara nie była dla Polski placówką pierwszorzędną, ale kryła w sobie potencjalne możliwości, które dopiero po wybuchu wojny i w miarę rozwoju wypadków nabierać zaczęły doniosłej wagi. Był to jednak zawsze niezmiernie ciekawy punkt obserwacyjny na Bałkany i Środkowy Wschód i trzeba bezstronnie przyznać że nikt lepiej niż Sokolnicki nie nadawał się na to stanowisko. Nie wymagało ono ani wzmożonej akcji, ani uciążliwych czy żmudnych rokowań, lecz jedynie troski o rozwój i tak zawsze jak najprzyjaźniejszych stosunków polsko-tureckich i o ścisły kontakt polityczny z rządem ankarskim. Wyzyskując w pełni zalety naszej rezydencji w stolicy Turcji, bezsprzecznie najpiękniejszej ambasady w Ankarze, oboje państwo Sokolniccy nie szczędzili wysiłków, by gościć u siebie swych licznych przyjaciół ze sfer miejscowych i z korpusu dyplomatycznego. Zaskarbili sobie wdzięczność i uznanie powszechne. Ambasador, dbały bardzo o powagę zarówno ambasady jak i piastowanego przez siebie wysokiego urzędu, zachowywał pewną sztywność i pewien dystans w stosunku do swego personelu, jako gospodarz był jednak zawsze ujmująco uprzejmy, a bywał nawet serdeczny. Jako szef był miły i łatwy, zawsze opanowany i nie krępujący inicjatywy. Sokolnicki mało mówił o swej tak ciekawej przeszłości politycznej z czasów pierwszej wojny, chętnie natomiast dzielił się uwagami i spostrzeżeniami na temat bieżących wypadków, które obserwował i oceniał bardzo wnikliwie. Jeśli chodzi o stosunki w Kraju, ambasador nie krył swego negatywnego nastawienia do "0zonu", na emigracji już zaś poddał politykę ostatniego przedwojennego rządu polskiego ostrej krytyce, która wywołała gwałtowną reakcję b. premiera, gen. Stawoja Składkowskiego. Jak o tym jest mowa w "Dzienniku Ankarskim", Sokolnicki uważał się na równi ze Sławkiem i Prystorem za spadkobiercę prawdziwej tradycji Piłsudskiego, łączyła go też zażyła przyjaźń osobista z gen. Sosnkowskim. Był lojalnym wykonawcą instrukcji Becka. Z polityką jego w ogólnych zarysach na pewno się zgadzał, co nie przeszkadza, że miał zastrzeżenia co do pewnych posunięć, o czym kiedyś wspomniał mi już w czasie wojny. Zmysł historyczny nie pozwoliliby mu zresztą być zwykłym ,,yes-man"em nawet w stosunku do kogoś, kogo niewątpliwie bardzo wysoko cenił i uznawał.

    Gdy patrzę wstecz na życie i służbę publiczną Sokolnickiego, uderza mnie zawsze, jak służba ta się rwała, jak po latach tak odpowiedzialnych misji z okresu pierwszej wojny Sokolnicki w ciągu 20-lecia zajmował jedynie drugoplanowe stanowiska: Helsinki i Tallin, Kopenhaga, Ankara), po uwięzieniu Piłsudskiego i Sosnkowskiego w Magdeburgu, należał do tzw. Konwentu, to jest pięciu osób sprawujących w kraju zastępstwo nieobecnego Komendanta. Gdy powrócił w r. 1918 do Polski z misji na Wschodzie, już po utworzeniu rządu Moraczewskiego, minister spraw zagranicznych Leon Wasilewski przywitał go słowami: ,,Właściwie zajmuję twoje miejsce".

    Wszystkie te zawody i niepowodzenia nie wpłynęły jednak na stoickie z natury usposobienie Sokolnickiego. Dopiero krzywda, jakiej doznał od rządu polskiego w Paryżu, była dla ambasadora prawdziwym kielichem goryczy. Odwołano go ze stanowiska, nie upewniwszy się czy rząd turecki zgodzi się przyjąć na jego miejsce pełnoprawnego ambasadora, zważywszy że Polska była już krajem okupowanym. Turcy oczywiście sprzeciwili się i Sokolnicki pozostał, aczkolwiek odwołania formalnie nie cofnięto, tak że groza ponownej dymisji wisiała wciąż nad jego głową. Chodziło nie tyle o zemstę na wrogu politycznym, którym Sokolnicki nie był, lecz o pozbycie się kogoś innego na miejscu, z tych czy innych względów niewygodnego.

    Muszę stwierdzić, że Sokolnicki wytrzymał całą tą w gruncie rzeczy niepoważną sytuację z dużą godnością i dyscypliną wewnętrzną, sprawując z równym zapałem i gorliwością swoje funkcje i występując niejednokrotnie z cennymi radami i propozycjami, jak np. w sprawie tworzenia armii polskiej na Wschodzie (już 8 stycznia 1940). Na szczęście, pozwolono mu pracować do końca, później zaś osobiste zetknięcie się z gen. Sikorskim stanowiło dla niego zasłużone, choć mocno spóźnione zadośćuczynienie.

    Drukuj Drukuj Podziel się treścią: